W ciągu tygodnia spotykam kilka osób z ADHD — niektórych na sesjach indywidualnych, innych w procesie diagnostycznym. To, co regularnie obserwuję, towarzysząc im w procesie zmiany, to częste doświadczanie napięcia i pośpiechu w sytuacjach, w których inni potrafią odpocząć — na przykład podczas gotowania. „Po prostu potraktuj to jak relaks” – radzą znajomi. Ale wytrawni „strażacy wewnętrznych pożarów” nie wiedzą, jak to zrobić.
Często,
zwłaszcza jeśli w dzieciństwie dana czynność wiązała się z
presją, trudno dziś traktować je jako coś neutralnego. Ciało
zapamiętuje to jako stan „walcz albo uciekaj”.
To,
że nie trzeba robić wszystkiego naraz i nadmiarowo, dla wielu osób
to oczywiste, ale dla innych wciąż przełomowe.
Poza tym, skoro dana czynność automatycznie wprowadza nas w tryb przetrwania, warto sięgnąć po narzędzia, które mogą nas z niego wyprowadzić. Na przykład ćwiczenia oddechowe – dające organizmowi sygnał, że jest bezpiecznie, że sprzątanie, przykładowo, nie stanowi zagrożenia. Może nawet zacząć kojarzyć się z komfortem. „myję podłogę, więc jest dobrze. Mogę się zatrzymać i zwolnić.”
Osoby z ADHD rzeczywiście najlepiej radzą sobie w trybie gaszenia pożarów, ale z czasem można te pożary „urealniać” – nie każde zdarzenie to sytuacja alarmowa.
Inni z kolei zagłuszają swój niepokój i pobudzenie poprzez nieustanne działanie: w kolejce słuchają podcastów, podczas nauki mają otwartych kilka zakładek, włączają gry i równocześnie oglądają filmy. Nienawidzą czekać. Czekanie jest dla nich dużym dyskomfortem. I właśnie tutaj przydałoby się jego stopniowe „rozciąganie” – trochę jak rozciąganie napiętego mięśnia: boli, ale da się wytrzymać. Przy regularnej praktyce ból znika – mięsień staje się bardziej elastyczny. Z nami może być podobnie – „rozciągamy” nasz niepokój związany z czekaniem, aż przestajemy go postrzegać jako coś zagrażającego.
Z kolei łagodzenie pobudzenia nie musi odbywać się wyłącznie przez nadmiar bodźców: gry, scrollowanie, czy ciągłe działanie. Można znaleźć inne sposoby – a nawet inne niż działanie samo w sobie.
W szkole nauczyliśmy się być motywowani lękiem: „Jak się nie nauczysz – będzie jedynka, nie zdasz, a potem wylądujesz na ulicy.” W dorosłości ten schemat zostaje: „Jeśli nie zrobię tego i tamtego, stracę pracę.” Ale nie musimy już się tak motywować, nie musimy się straszyć. Możemy zamienić „muszę” na „chcę”:
„Chcę dziś zrobić coś dla swojego zdrowia, więc po prostu pójdę wcześniej spać”
zamiast
„Jeśli nie pójdę spać, to zachoruję”.
Nie musimy się też spieszyć, gdy pojawiają się świetne okazje. Było nic – a nagle całe bogactwo. Co wybrać? Wszystko! A potem... padamy. Ta potrzeba zagarnięcia wszystkiego często wynika z głębokiego przekonania: „Dopiero kiedy mam i robię – coś znaczę.” A to tylko taka fantazja.
Zmiana jest możliwa – nie przez walkę, pościg, ale przez elastyczność i życzliwość wobec siebie. Wszystko w swoim czasie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz