środa, 4 czerwca 2025

Rozpuszczanie pośpiechu

W ciągu tygodnia spotykam kilka osób z ADHD — niektórych na sesjach indywidualnych, innych w procesie diagnostycznym. To, co regularnie obserwuję, towarzysząc im w procesie zmiany, to częste doświadczanie napięcia i pośpiechu w sytuacjach, w których inni potrafią odpocząć — na przykład podczas gotowania. „Po prostu potraktuj to jak relaks” – radzą znajomi. Ale wytrawni „strażacy wewnętrznych pożarów” nie wiedzą, jak to zrobić.

Często, zwłaszcza jeśli w dzieciństwie dana czynność wiązała się z presją, trudno dziś traktować je jako coś neutralnego. Ciało zapamiętuje to jako stan „walcz albo uciekaj”.
To, że nie trzeba robić wszystkiego naraz i nadmiarowo, dla wielu osób to oczywiste, ale dla innych wciąż przełomowe. 

Poza tym, skoro dana czynność automatycznie wprowadza nas w tryb przetrwania, warto sięgnąć po narzędzia, które mogą nas z niego wyprowadzić. Na przykład ćwiczenia oddechowe – dające organizmowi sygnał, że jest bezpiecznie, że sprzątanie, przykładowo, nie stanowi zagrożenia. Może nawet zacząć kojarzyć się z komfortem. „myję podłogę, więc jest dobrze. Mogę się zatrzymać i zwolnić.”

Osoby z ADHD rzeczywiście najlepiej radzą sobie w trybie gaszenia pożarów, ale z czasem można te pożary „urealniać” – nie każde zdarzenie to sytuacja alarmowa.

Inni z kolei zagłuszają swój niepokój i pobudzenie poprzez nieustanne działanie: w kolejce słuchają podcastów, podczas nauki mają otwartych kilka zakładek, włączają gry i równocześnie oglądają filmy. Nienawidzą czekać. Czekanie jest dla nich dużym dyskomfortem. I właśnie tutaj przydałoby się jego stopniowe „rozciąganie” – trochę jak rozciąganie napiętego mięśnia: boli, ale da się wytrzymać. Przy regularnej praktyce ból znika – mięsień staje się bardziej elastyczny. Z nami może być podobnie – „rozciągamy” nasz niepokój związany z czekaniem, aż przestajemy go postrzegać jako coś zagrażającego.

Z kolei łagodzenie pobudzenia nie musi odbywać się wyłącznie przez nadmiar bodźców: gry, scrollowanie, czy ciągłe działanie. Można znaleźć inne sposoby – a nawet inne niż działanie samo w sobie.

W szkole nauczyliśmy się być motywowani lękiem: „Jak się nie nauczysz – będzie jedynka, nie zdasz, a potem wylądujesz na ulicy.” W dorosłości ten schemat zostaje: „Jeśli nie zrobię tego i tamtego, stracę pracę.” Ale nie musimy już się tak motywować, nie musimy się straszyć. Możemy zamienić „muszę” na „chcę”:

„Chcę dziś zrobić coś dla swojego zdrowia, więc po prostu pójdę wcześniej spać”
zamiast
„Jeśli nie pójdę spać, to zachoruję”.

Nie musimy się też spieszyć, gdy pojawiają się świetne okazje. Było nic – a nagle całe bogactwo. Co wybrać? Wszystko! A potem... padamy. Ta potrzeba zagarnięcia wszystkiego często wynika z głębokiego przekonania: „Dopiero kiedy mam i robię – coś znaczę.” A to tylko taka fantazja.


Zmiana jest możliwa – nie przez walkę, pościg, ale przez elastyczność i życzliwość wobec siebie. Wszystko w swoim czasie.  



czwartek, 7 grudnia 2023

Kiedy przestać działać? (z podkastu nr 4)

Ten temat będzie kompilacją kilku wątków, które są jakoś ze sobą połączone. Będę stawiać dużo pytań, na niektóre będę próbowała znaleźć odpowiedź, a może właśnie Ty ją znajdziesz. Pierwsze z nich to pytanie główne, wokół którego będę się kręcić: w którym momencie przestać działać. Ale co ważne, jako psycholog, nie mogę przytaczać dosłownych historii bez zgody danej osoby. Będę starała się to robić ogólnie, bez szczegółów identyfikacyjnych. Jeśli słuchaczu zauważasz jakąś zbieżność zdarzeń
i osób to jest ona przypadkowa.

Drugie główne pytanie tego rozważania brzmi, co mi twórcy robi, jak ktoś robi tzw. babole czy potworki. Mówiąc babole, mam na myśli twory o wątpliwej według nas wartości artystycznej, czy merytorycznej, w zależności od dziedziny. Absolwenci szkół artystycznych często jak je opuszczają, to słyszą bezpośrednio albo gdzieś w powietrzu unosi się przekaz: tylko proszę, nie róbcie baboli. Razem z dyplomem jest wręcz wlewane w artystyczne serca poczucie odpowiedzialności, misji pt. świat będzie lepszy, jeśli nie będziecie robić bubloidów. No właśnie, jakie są granice etyki twórczej, zwłaszcza gdy chodzi o tworzenie dzieł o wątpliwej wartości merytorycznej?

 Oczywiście kontekstów tego problemu jest wiele: społeczny, ekonomiczny, prawa rynku, itd., no i psychologiczny, na temat którego się wypowiem. Każda z osób jest na swoim etapie rozwoju psychicznego, rozwoju wrażliwości artystycznej, czy zdobywania wiedzy na dany temat. Wg psychologii granicą etyki twórczej (tj. dopuszczalności kogoś do ekspresji) może być zdrowie psychiczne danej osoby i dbałość o jej rozwój.

No i teraz, czy na danym etapie wrażliwości i ekspresji, możemy komuś zabronić się wyrażać w sposób w jaki potrafi i jest w jakimś sensie dla tej osoby ważny? To tak jakby zabronić dziecku rysować: "słuchaj bąbelku, nie możesz rysować czarnej chmury, rysuj białą, albo zacznij to robić jak już będziesz umieć". W ten sposób blokujemy rozwój dziecka, kształtujące się poczucie wartości i zaspokajanie różnych potrzeb, tj. uznania, wyrażania się, zabawy, wolności itp. Etapami rozwoju zajmuje się psychologia rozwojowa. Ja osobiście bardzo lubię teorię dezintegracji pozytywnej Kazimierza Dąbrowskiego. Profesor podaje, że człowiek przechodzi poszczególne etapy rozwoju, a twórczość jest odbiciem tego rozwoju.

Ale czy istnieją sytuacje, w których powinniśmy interweniować, aby chronić innych przed potencjalnie szkodliwym twórczością? Do tej pory zajmowałam się uczuciami i potrzebami wyraziciela, natomiast są jeszcze uczucia odbiorcy. I tu często pojawia się konflikt. Pomijając to, czy sposób wyrazu jest bezpieczny, czy nie niszczy czyjegoś mienia, czy nie obraża czyichś przekonań, czy jest zgodny z prawem, jest jeszcze inny aspekt. Jest nim często pomijana po prostu wrażliwość. Niektórzy mają taką wrażliwość, żę ich jakaś estetyka po prostu boli. Dany obiekt, budynek, jest wg nich brzydki i w jakiś sposób powoduje dyskomfort i może nawet obniżyć nastrój. Podobnie muzycy, mogą dostać niestrawności od słuchania muzyki w restauracji, która bardziej przeszkadza niż pomaga. Czy tez wspomniane w drugim podkascie kosiarki, których hałas dla wielu jest wręcz przemocą. Są osoby, które boli użycie nie tego wyrazu, fryzjerów mogą boleć napotkane na ulicy nietrafione fryzury, psycholodzy co ciekawe, chcą zmieniać świat w gabinecie, żeby właśnie i im żyło się lepiej, i tak dalej i tak dalej.

Więc twórca tworząc, w jakiś sposób dba o swoją kondycję psychiczną, bo koryguje świat. To się okazuję kurcze strasznie ważne dla niektórych, kolor, feeling, nastrój miejsca. Czy to nie fascynujące? Że w tym przykazie profesora jest  ukryta prośba: proszę, pomóżcie mi i sobie?

 Co ciekawe, osoba, która nie ma tak rozwiniętego talentu do wystroju, zauważa różnicę, kiedy ktoś inny o wyżej rozwiniętych umiejętnościach coś zmieni, zaprojektuje. Ta pierwsza nie wie na czym polega zmiana, ale faktycznie, na jej dobrostan też to wpływa. Wszyscy potrzebujemy ale nie wszyscy wiemy jak to zrobić.

 Jak pogodzić więc te dwie sprawy: chęć każdego do wyrażenia siebie i jednocześnie uczucia tych, którzy chorują na formę wyrazu niektórych osób?

 

 


Jeszcze nie odpowiem, podejdę od innej strony i powtórzę zadane gdzieś wcześniej pytanie: Co mi ktoś robi, jak ktoś na potworkach zarabia, czasem dużo, a ja się tak starałem starałam, żeby to co robię było na wysokim poziomie i nie dostaję z zewnątrz takiej gratyfikacji, czy to uznania społecznego czy to kasy.

Gdybym jako twórca realizował się realizowałą tak jak chce, czy te babole by mnie tak wkurzały? Czas na spację. Prawdopodobnie mniej, bo wtedy dbam o swój ogródek. Nie wiem czy całkowicie.

Kiedy możemy stwierdzić, że jesteśmy zadowoleni z tego co robimy i jak mierzymy swój tzw. sukces? Czy jestem ok już jak robię, czy jak dopiero gdzieś z tym dojdę. Sprawia mi radość i już, a jak nie wezmą na wystawę, to trudno. Tutaj opisałam motywację wewnętrzną, która jest bardziej trwała od zewnętrznej. A zewnętrzną jest poklask, kasa, uznanie właśnie. Brak uznania może wpływać negatywnie na zdrowie psychiczne. Jednakże, równie ważne jest znalezienie równowagi, aby uniknąć nadmiernego uzależnienia od zewnętrznych źródeł uznania. Która potrzeba jest u ciebe silniejsza: czy uznania czy samorealizacji/wyrazu. Ostatecznie, to, co jest "silniejsze", może zależeć od priorytetów danej osoby w danym momencie. Niektórzy ludzie mogą odczuwać głęboką potrzebę wyrazu i tworzenia, niekoniecznie potrzebując szerokiego uznanie społecznego.

Niektórzy nie twierdzą, że ktoś nie umie, tylko że się niewystarczająco stara. Ile zatem trzeba  się starać, gdzie jest ten moment: dobra JUŻ mogę coś pokazać. Nie zliczę artystów, którzy odwiedzili mój gabinet i uczyli się zastępować głos tego krytycznego i surowego profesora, który Ciągle mówił: jeszcze to nie to, jeszcze za mało.

No dobrze, przyjmijmy że pokonaliśmy to. Nauczyliśmy się nie oceniać swojego procesu kreatywnego, bardziej już wybór tworu, który chcemy pokazać. Ale kiedy ja już stwierdzę: ok. to już czas, pojawia się jeszcze ktoś, kto ocenia to co robię jako babol. Czy ta gra ma swój kres?

Przypomina mi się takie porównanie. Kiedy Europejczycy zasiedlali Amerykę, mieli swój argument, że oni są bardziej ucywilizowani, więc mogą wysiedlić albo zniewolić autochtonów. Ale idąc tym tropem, może przyjść nowa cywilizacja, która powie „spadówa” z tą waszą sztuką, bo nasza jest lepsza. Palenie muzeów. Czy możemy jednak jakoś współżyć, współtworzyć społeczność osób bóbloróznorodnych i szanować siebie nawzajem? To ciekawe.

No i teraz podsumowując, pytanie tytułowe: w którym momencie przestać? Robię coś, ale nie ma odbioru, komplementu, zarobku, duże koszty. Gdzie jest ta granica?

 

   Zastanów się, czy sam proces tworzenia dostarcza Ci satysfakcji, radości i spełnienia, nawet jeśli rezultaty nie są natychmiast zauważalne?

   Czy twój wysiłek artystyczny jest zgodny z tym, co uważasz za ważne, czy jest zgodny z twoimi wartościami?

   Czy się w tym rozwijasz?

   Czy jesteś otwart_ na krytykę, te konstruktywną,

   Czy twój wysiłek ma potencjał długofalowy? Czy przynosi korzyść tobie i innym?

   Czy istnieje szansa, że w przyszłości zyskasz uznanie za swoją pracę, jeśli ci na nim zależy?

   A może przerwa na chwilę pozwoli ci ocenić swoje dzieło bardziej obiektywnie?

Pamiętaj, że wartość artystyczną można mierzyć na różne sposoby, i nie zawsze uznanie zewnętrzne jest jedynym kryterium. Ostateczna decyzja o kontynuowaniu działania powinna być zgodna z Twoimi własnymi celami i wartościami. Oszacuj zyski i straty, oceń ich wagę. Może twoje straty ważą więcej niż zyski, a może odwrotnie. Szukaj równowagi między czasem konkrencyjnymi potrzebami, bo zdrowie psychiczne jest żywe,  wymaga ruchu i elastyczności.

 


piątek, 17 listopada 2023

Powtarzalność w samotności (z podkastu nr 3).


            Odniosę się do adlerowskiego podziału, opisującego dwa sposoby życia: życie liniowe i życie jako zbiór chwil. W pierwszym wypadku mowa o życiu od wydarzenia do wydarzenia, dzielenie czasu na poszczególne cele, np. koniec szkoły, nowa praca, ślub itd. Drugie podejście zachęca do traktowania życia, jako zbiór punktów, gdzie można skupić się na każdym dniu z osobna i przeżywać go jako taniec, którym się cieszymy a potem, z lotu ptaka, widzimy dokąd nas zaprowadził. Dlaczego to podejście tak mnie urzekło? Myślę, że się zorientujesz w trakcie czytania.

            Opowiem o powtarzalności życia, od której często uciekamy i jakoś próbujemy zagłuszyć. A dzieje się tak, ponieważ gdy wchodzimy w czynności codzienne, które z czasem stają się pewnym automatem, nie musimy się też zastanawiać nad ich wykonywaniem, więc pojawia się wolna przestrzeń i różne myśli niezwiązane z czynnością. Może nam się włączyć radio w głowie, myśli krytyczne, myśli o samotności. Albo jeśli tym czynnościom towarzyszy chaos i hałas, albo pośpiech, to wtedy tych czynności codziennych nie zauważamy albo chcemy je wykonać szybko, żeby mieć je z tak zwanej głowy. Musimy je wykonać, musimy coś zjeść, musimy się umyć... to nam jakoś przeszkadza. Gdyby nie te czynności, można by było po prostu wstać z łóżka i wyjść z domu. Proste prawda? Po co nam zatem ta ich natarczywość...?

            Osoby żyjące same mogą doświadczać nadmiaru czasu wśród czynności codziennych. Nie ma chaosu i harmideru. I wtedy może przyjść spostrzeżenie, że w tych czynnościach najłatwiej jest się komunikować ze swoim środkiem, niektórzy powiedzieliby z głębią. To może byś doświadczenie też obecności, czegoś większego, miłej obecności, ciepłej. Łagodny dźwięk lodówki w tle, sąsiad gdzieś za kolejną ścianą myje naczynia, zapach obiadu dobiega z końca korytarza. I takie poczucie, że kurcze, mogę siedzieć, po prostu patrzeć w okno i jest dobrze. To co jest, tak ma być. 

    Pies dużą część dnia spędza na leżeniu, kwiaty po prostu rosną, są, zdecydowana większość fal mórz nie zostanie zauważona i była tylko przez chwilę, a potem zniknęła. Czy jej zaistnienie było warte zaistnienia? Myślę, że tak. Piękno samo w sobie jest warte istnienia. Więc wracając, rutyna, powtarzalność jest po prostu może podstawową częścią naszego życia, wiedzą o tym zakochani, kiedy cieszą się wszystkim, cieszą się tym, że razem robią coś prostego, a jak za sobą tęsknią to często za tymi prostymi rzeczami, podobnie jak w tych długoletnich związkach. Ktoś był i po prostu gdzieś szurał butami, albo kładł je tam gdzie nie trzeba, teraz może przez jakiś czas, go nie ma. Tak i wtedy jakoś ta tęsknota uwydatnia znaczenie tych codziennych rzeczy. Nie jakieś niezwykłości, wyjazd życia, ale właśnie, czy mi było z tą osobą przy tym pięćdziesiątym wyjściu na zakupy dobrze?

            I wracając, czy tobie jako osobie żyjącej w pojedynkę, jest dobrze w tym milionowym samotnym śniadaniu ze sobą, gdzie patrzysz sobie w oczy swojego środka? I przyglądasz się, choć czasami też zagłuszasz to, co tam się dzieję i co sam sobie próbujesz powiedzieć lub wykrzyczeć. Myślę, że niezwykłości życia są po to, żeby było co wspominać w tych codziennościach. Nie dałoby się żyć przez cały czas niezwykłościami, nasze organizmy nie są do tego przystosowane, jeśli się tak dzieje, to jest to stan tymczasowy, stan przetrwania, mobilizacji organizmu, a jeśli komuś tych niezwykłości w codzienności brakuje, może się uwrażliwić na  powtarzalność na tyle, że zauważy jednak różnicę, zauważy jednak niepowtarzalność śniadania, nawet jeśli je codziennie to samo. To kontekst tego śniadania może być inny, poprzedniego wieczora wydarzyło się coś innego, kobieta może być w innym miejscu cyklu i to wpływa na jej myśli i przeżycia, w ciszy uwrażliwiamy się na niuanse, na subtelności i też na mądrość, która jest gdzieś w nas głęboko zapisana.

            Dziś miałam kilka wolnych godzin od rana i tak usiadłam i pomyślałam, że mogę z tymi kilkoma godzinami zrobić prawie wszystko i zdecydowałam się napisać to rozważanie. I nawet jeśli teraz wydaje mi się, że siedzę sama, to skoro to czytasz, to jesteś ze mną a ja z tobą, w przestrzale czasowym. Nigdy nie wiadomo z kim twój samotny poranek cię połączy.

Bardzo urzekły mnie słowa z książki „Biegnąca z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes, która uznaje sztukę, twórczość jako formę komunikacji z innymi. Autorka pisze: „sztuka jest niezwykle ważna, bo upamiętnia pory roku duszy albo szczególne lub tragiczne wydarzenia w podróży duchowej. Sztuka nie jest po prostu dla nas, nie jest tylko wyznacznikiem wglądu w głąb rzeczy. Jest to także mapa dla tych, którzy pójdą naszym śladem.” No właśnie, mapa. Jeśli teraz, kiedy tego słuchasz, siedzisz sam, sama, wiec, że wciąż jesteś częścią gromady, która może potrzebować twoich owoców samotności i nudy. Nie jest to oczywiście zachęta do zamknięcia się w domu i komunikowania się tylko przez znaki dymne, ale raczej o przyjęciu chwil samotności, które przychodzą i odchodzą.

środa, 15 listopada 2023

Po co nam jesień? (z podkastu nr 2)

Dzisiejsze rozważanie oprę na założeniu, że życie ma sens. Będę podążać za myślą Frankla, autora logoterapii, który twierdził, że poszukiwanie sensu w życiu to kluczowy element zdrowia psychicznego. Polecam jego książkę pt. „Człowiek w poszukiwaniu sensu”. I tak, idąc dalej, skoro szukamy sensu życia, które składa się z różnych elementów, to te elementy również mogą mieć sens, który możemy im nadać. Takim elementem, częścią życia jest również jesień. Dziś możemy szukać w niej sensu. Jeśli nie urodziliśmy się w tym roku, to za nami już wiele jesieni i mamy pewne wspomnienia, skojarzenia związane z tą porą roku. I ważne, żeby zaznaczyć, że będę się zajmować jesienią polską.

 Jak pracuję w gabinecie, to często słyszę ten tekst od moich klientów: idzie jesień, boję się, będę się gorzej czuć, mniej słońca, będzie dół”. Omg! Jesień, ratujcie się kto może, a te wszystkie pomarańczowe i czerwone kolory liści to są po prostu kolory alarmowe. „Polacy są tak agresywni a to dlatego ze nie ma słońca” jak to śpiewa Kazik. Nie ukrywam, że mi też obniża się nastrój, zwłaszcza pod koniec listopada, czy w grudniu. Tak, psychologom też się to zdarza.

Czy jest sens w tej „złowieszczej” porze, którą niektórzy woleliby przespać?  Jesieniary i jesieniarzy, których pozdrawiam, wychodzą tym nastrojom naprzeciw. A może bez swoich kocyków i herbatki z imbirem również by im ulegli.

 Co ja lubię w jesieni? Ze względu na moją nadwrażliwość na dźwięki, lubię to że jest ciszej. Lato jest chaotyczne, ludzie zaczynają gdzieś jeździć, jest nas więcej i dłużej na zewnątrz, dzieci wychodzą na place zabaw, młodzież puszcza muzę z głośnika, każdy robi remont, i przede wszystkim ruszają kosiarki.

 *Jesień ma swoje dmuchawki, to racja, i tu mój apel o powrót do zamiatania liści. Czy pamiętacie ten dźwięk sunącej po chodniku miotły? Piękny prawda? Czy pamiętacie pana, które odgarniał z namaszczeniem te liście? Z dwojga złego, jesienią jest już chłodniej i można zamknąć okno, wiec dmuchawka nie jest tak dokuczliwa jak kosiarka 😉 W każdym razie, wciąż apeluję.

 Wracając, świat cichnie. Staje się mniej chaotyczny i zyskuje kierunek. Refleksje, pomysły, które może kiełkowały wiosną, mówiły głośniej w trakcie urlopu, mogą teraz zostać zrealizowane.  To szansa na nowe, na zbieranie owoców. Ten podkast jest też tego przykładem.

 Tak jak drzewa opuszczają liście, żeby gromadzić zapasy energii w gałęziach na zimę, tak my koncentrujemy siły, żeby robić to co naprawdę ważne. Obieramy nasze działania z tych mniej istotnych. Może opaść blichtr lata. To moment zatrzymania, uwieńczenia koroną liści, tego co się wydarzyło w ciągu poprzednich pór. To podsumowanie, czasem zakończenie czegoś, co nam nie służyło. Pozostaje ogołocenie, obmycie tym deszczem, który się pojawia, może spójne ze łzami. Jak w słowach piosenki „to co zostało mi po lecie, to piegi i nic więcej”.

 A kiedy przyjdzie melancholia, czy nostaligia, nie bójmy się jej, bo ona ma też swoja rolę w ciągu roku, oczyszczającą, reasumującą, o ile oczywiście nie przekroczy drzwi depresyjnych. Mam na myśli tutaj stan, w którym przedłużają się nieprzyjemne wspomnienia i to odbiera chęć do życia. Ale wracając, człowiek, gdy zwalnia, robi się bardziej refleksyjny, uważny, krytyczny, dostrzega więcej szczegółów, staje się ostrożniejszy w podejmowaniu decyzji. Latem natura zachęcała do zabawy, optymizmu, impulsu, beztroski i może coś przeoczyć. Ważne żeby z nostalgii wyciągnąć to, co w niej dobre. Jesień nie jest mniej wartościowa od lata, czy innych pór roku. W jednym z podkastów usłyszałam, że zasób to to co mamy za sobą i jest to uznane i zintegrowane. Nie znam niestety autora tych słów, ale myślę, że słuszna obserwacja. Zachęcam cię do przyjęcia jesieni, uznania wszystkiego czego w niej doświadczasz jako swój zasób. Zintegrowania jej z twoimi doświadczeniami dziś Tobie życzę.




Twórczy brak (z podkastu nr 1)


Dziś chciałam powiedzieć o braku, dyskomforcie, o tęsknocie za tym, czego nie ma, a powinno być, albo chciałoby się, żeby było i podam też swój osobisty przykład tak zwanej ściany, czyli jak można skorzystać z tak zwanego braku. Nie odnoszę się też do żadnej konkretnej teorii psychologicznej. Są to moje obserwacje.

 Myślę, że temat dotyczy wszystkich, bo prawdopodobnie każdy ma  to doświadczenie, że coś nie jest tak jak być powinno, coś odstaje od standardowego schematu, planu, albo czekamy, aż coś się skończy i odmieni nasz los na lepsze. I tak studenci, czekają na koniec studiów, single chcą kogoś mieć, ci co kogoś mają, to nie są do końca zadowoleni z osoby, z którą tworzą związek, pary chcą mieć dzieci, a nie mogą, albo mają i narzekają na brak czasu dla siebie, męczymy się w rodzinach i męczymy się bez nich, brakuje nam fajnej pracy, dużego domu seniorzy narzekają na brak zdrowia itd itd. Wymieniłam tylko drobną część z różnych braków. Śmiało do tej listy możesz dodać swój.

 A teraz zwracam się do twórców, którzy znają brak pomysłów, brak sił, brak środków, warunków. Ciekawe, że nadmiar też jest w pewnym sensie brakiem, bo nadmiar coś nam też zabiera. Nadmiar pomysłów, zabiera jasność myślenia, nadmiar sił w ogólnym rozrachunku szkodzi ciału, nadmiar środków może prowadzić do powstania rzeczy przegadanych, gdzie ilość przerasta jakość. Brak i nadmiar to jak widać kompatybilna parka.

 Chciałabym się zatrzymać przy tym odczuciu dyskomfortu, tak uniwersalnym dla nas wszystkich odczuciu niedomknięcia, bycia gdzieś pomiędzy jednym, a drugim, bycia w drodze, w niewiadomej, w niedosycie, w przesycie, gdzie kończy się jedna sprawa, zaczyna kolejna, można powiedzieć, że książka naszego życia jest stale otwarta na środku jakiegoś rozdziału. Więc zatrzymuję się przy tym i jestem teraz ze wszystkimi, którzy mają potrzebę szybkiego rozwiązania sprawy, bo to by powstrzymać się przed impulsywnym ciachnięciem bólu, w celu pozornego zakończenia dyskomfortu, albo przed zagłuszaniem go rozproszeniami, dobrze wiemy jakimi.

 Teraz opowiem o jednym ze swoich braków, czyli o pewnej tapecie w moim pokoju, która bardzo mi się nie podoba, a nie mogę jej zamalować. Odczuwam zatem brak estetyczny ze względu na kolor i wzór. Patrzenie na nią mnie przygnębia, widzę ją dość często bo sporo pracuję w domu. Dość szybko zaczęłam główkować, jak ją zasłonić. Więc najpierw przykleiłam na nią wielometrowe płótno, które spadło w środku nocy, zasłoniłam różnymi firankami, na dużej ramie 100/100 cm wymyśliłam, że zrobię obraz makramowy i ją nim zasłonię, ale wzory na wzorach okazały się pogorszyć sprawę. Potem zasłoniłam ją swoimi rysunkami, zamówiłam kolejne płótno i zaczęłam tworzyć obrazy za pomocą technik, które użyłam pierwszy raz w życiu.

 W pewnym momencie zauważyłam, że ta tapeta mnie rozwija. Stała się dla mnie tak dużym dyskomfortem, że był on dla mnie źródłem energii do zmian, do szukania rozwiązań. Podejmowałam się działań, których bym się nie podjęła. Teraz, dzięki niej, tworzę obraz, który trafi do czyjegoś domu.  Więc dziś mogę powiedzieć: ściano, dziękuję, dzięki tobie się rozwinęłam, nie jestem w tym samym miejscu, w którym byłam dla lata temu. Wyprowadzając się stąd kiedyś zabiorę ze sobą obrazy i umiejętności, które dzięki tobie powstały. Dziękuję, tapeto.

 Więc podsumowując, puentę pewnie już widzisz. Brak może być twórczy, tęsknota może być twórcza i może cię rozwijać. I tego ci życzę.





wtorek, 7 lutego 2023

Dlaczego psychologia dla artystów?


Czy artysta różni się czymś szczególnym od nieartysty? Nie mam jasno sprecyzowanej odpowiedzi. Pod słowem artysta kryje się przecież tyle różnych osób. Siła twórcza kryje się w każdym z nas, a artystą przyjęło się nazywać kogoś, kto tworzy w dziedzinie uważanej za artystyczną, tj. muzyka, sztuki wizualne, taniec, itp. Pssss. Kucharzy czy fryzjerów rzadziej nazywamy artystami, ale to nie znaczy, że nim nie są!

Idąc za definicją W. Tatarkiewicza: Sztuka jest odtwarzaniem rzeczy, bądź konstruowaniem form, bądź wyrażaniem przeżyć – jeśli wytwór tego odtwarzania, konstruowania, wyrażania jest zdolny zachwycać, bądź wzruszać, bądź wstrząsać (Tatarkiewicz, W., Dzieje sześciu pojęć, Warszawa, PWN, 1988, s. 52).

Twórcze natomiast jest to, co zawiera w sobie niepowtarzalność przy jednoczesnym zachowaniu konwencji stylistycznej pozwalającej zaklasyfikować wytwór do danego stylu.

Nazywając swoją działalność: „psychologia dla artystów”, chyba bardziej chodzi mi o uniwersalność tego pojęcia niż jego odrębność. Definicji sztuki jest naprawdę wiele, a granica między sztuką
a rzemiosłem jest również niejasna. Moim zadaniem nie jest weryfikowanie poziomu artyzmu.

Więc pomagam twórcom w ich zastojach, perfekcjonizmach, niepewnościach, niemocach, uczę zarządzania czasem, towarzyszę osobom multipotencjalnym w podejmowaniu wyborów. Jeśli widzę, że potrzebna jest psychoterapia, to mówię, że spotkamy się po jej odbyciu.

Do miejsca, w którym jestem dotarłam dwiema równoległymi drogami: psychologiczną i artystyczną. Idę nimi dalej. Idziesz? 

poniedziałek, 6 lutego 2023

"Nie trzeba. O zawodowych zakuwaczach."

 



    Kilka tygodni temu jechałam autobusem i usłyszałam jak jeden licealista mówił do drugiego: „Ty się nie przejmuj. To są zawodowi zakuwacze. Nigdy nie będziesz na ich miejscu, bo robią to od wielu lat.” Dlaczego o tym piszę? Nie dlatego, że kiedyś narzekałam tak jak oni. Wręcz przeciwnie. Jeśli miała/eś w szkole wrażenie, że nie nadążasz, to ja nadążałam. Osiągnęłam to, o czym marzyli niektórzy rodzice moich trójkowych kolegów. Czy bycie na podium dało mi szczęście, ulgę, zapewniło spokój, dobrostan? Domyślasz się pewnie, że nie.

Kiedy wspominam moich kolegów z klasy, którzy mieli 2 i 3 to sobie myślę, że lekcję radzenia sobie z niepowodzeniem odrobili dużo wcześniej niż ja. Słyszałam to, co większość nastolatków: „jak nie będziecie się uczyć, wylądujecie na ulicy”. Stopnie miały zapowiadać przyszłe powodzenie życiowe. Czy można było tak uprościć tak złożone zjawisko? Oprzeć edukację na straszeniu biedą, wykluczeniem?

Nauczyłam się uczyć. Zdarzało się kilka klasówek/kartkówek w ciągu dnia. Długo przed pełnoletniością pracowałam umysłowo przez 12 godzin dziennie (sic!). I niestety nie byłam jedyna. Moi znajomi z klasy mieli na dokładkę dojazd autobusem na wieś i pracę fizyczną. 

Dziś nie obwiniam nauczycieli i innych dorosłych za moje wybory. Mam wrażenie, że często kontynuujemy grę właśnie z braku wyboru. Znaleźli się przecież i tacy, którzy potrafili po prostu czerpali z czasu po szkole. Trudno mi jednak zrozumieć tę sprzeczność między podawanym wzorem, a tym co realnie da się zrobić. Jest tzw. norma, do której nikt szanujący swoje zdrowie psychiczne nie marzy nawet dosięgnąć. Mam wrażenie, że podobnie jest w niektórych miejscach pracy. Tworzymy nieosiągalną normę i oceniamy się dalej mimo, że teoretycznie nie mamy już dziennika.

I żeby nie było, są też dobre strony piątek. Myślę jednak, że gdybym odjęła przynajmniej jedną trzecią mojego wysiłku, efekt byłby ten sam. Albo robiłabym rzeczy podobne do tego, co teraz ale z innym tytułem/zawodem. Na pewno powiedziałabym tej posłusznej i miłej nastolatce: Martyna, nie trzeba, idź porób co lubisz. Piłeczka twojego „wołania” zawsze wypłynie na powierzchnię.

Dziś promuję edukację, która ma rozwijać, a nie niszczyć. Dziękuję Ci za lekturę tego tekstu i że jesteś już tu, na końcu, a może na początku?